14.07.2015

Miniaturka szósta: Bladoróżowa ultramaryna( część pierwsza)

Przepraszam, że dopiero teraz. Wszystkie informacje są na końcu. Zgodnie z obietnicą- dedykacja dla Domingo. Zapraszam :)

Draco był naprawdę bardzo wkurzony. Z tego bezsilnego gniewu ubrał nawet na siebie ten obrzydliwy, burgundowy sweterek z reniferem, który w zeszłe święta podarowała mu ciotka Eleonora, i który "tak cudownie podkreślał jego tlenione kłaczki!". Z tej wściekłości zapomniał też przylizać włosy i wypiłować paznokcie, więc prezentował się (w swoim mniemaniu) żałośnie i beznadziejnie. Powody jego wzburzenia były bardzo liczne. Po pierwsze: Crabb i Goyle znów udowodnili, że są skończonymi bezmózgami. Jak można dać mu w prezencie pastę do butów (brązowych) i lukrecjowe różdżki (na które ma uczulenie)?! Drugim powodem była Pensy (mimo jej najlepszych chęci, nie do końca przypadł mu do gustu mandarynkowy szalik). Jakby tego było mało, ten kretyn Zabini ukradł jego krem po goleniu, więc Draco czuł się, jakby ktoś mu przejechał po twarzy papierem ściernym. Żeby jeszcze  podkręcić atmosferę totalnej beznadziei, rodzice postanowili wyjechać na święta do wuja Thorbjørna ze Szwecji, a jemu zaproponowali pozostanie w Hogwarcie lub wizytę u cioci Eleonory (tej od sweterka) i jej dwunastu kotów oraz chomika. Wisienką na torcie okazało się stracenie przez Slytherin trzydziestu punktów za wrzaski po ciszy nocnej (jakiś kretyn wysmarował kanapę w pokoju wspólnym masłem orzechowym). To naprawdę nie była wina Dracona, że McGonagall akurat musiała przechodzić nie tym korytarzem co trzeba. 
Tak więc Malfoy szedł  w tym swoim sweterku z reniferem, ciesząc się, że mógł wyrwać się ze śniadania wcześniej. Zatrzymał się przy jednym z okien. Chwilę podziwiał zaśnieżone wzgórza, po czym zamknął oczy. Jeden, dwa, trzy, cztery. Jeden, dwa, trzy, cztery. Jeden, dwa...
- Ładny sweterek. 
Ślizgon zacisnął usta w wąską kreskę i odwrócił się. Stała przed nim Luna- blondwłosa Krukonka, z którą często siadał na wróżbiarstwie. 
- Nawzajem- mruknął, taksując wzrokiem jej górną część garderoby. Blagoróżowy wytwór wełniany z wrzosowym sercem na środku, też był pewnie dziełem jakiejś kreatywnej krewnej.
- Dziękuję- odpowiedziała, lekceważąc ironię w jego głosie. - Pomożesz mi sprzedać "Żonglera"?
- Co?- zapytał, lekko zdezorientowany. 
- Magazyn- odparła, wskazując głową na trzymane w rękach gazety. Jej dwa kucyki zafalowały lekko.
- Właściwie...- Draco już miał powiedzieć, że jest z kimś umówiony i się spieszy, ale zawahał się. Patrząc prawdzie w oczy, przyjęcie propozycji było całkiem niezłym pomysłem.
- Właściwie... Czemu nie?- odparł i wziął od dziewczyny naręcze miesięczników. I tak nie miał nic lepszego do roboty.
Ruszyli korytarzem na trzecie piętro. Luna oferowała zakup magazynu z rzadka spotykanym uczniom. Część patrzyła na nią jak na idiotkę, lecz i tak przez pierwszy kwadrans sprzedali jedną czwartą nakładu. 
- Tata bardzo się ucieszy, że " Żongler" tak dobrze się sprzedaje.
Draco pokiwał głową.
- Jedziesz na święta do domu? 
- Nie- odparła, przyjmując zapłatę od ciemnoskórej Gryfonki.- Tata musiał odwiedzić wuja Alberta. Zostaję w Hogwarcie. A ty?
- Mam możliwość pozostania w szkole lub odwiedzin u starej ciotki- twórczyni mojego uroczego sweterka. Także też zostaję.
- Naprawdę?!- Luna wyglądała na bardzo zdziwioną.- Przecież ona na pewno bardzo cię kocha i chce, żebyś przyjechał!
Malfoy pokręcił głową.
- To stara panna z dwunastką kotów i chomikiem. Większość życia spędza na robótkach ręcznych i przyżądzaniu wytwornych dań dla swojego zwierzyńca.
Dziewczyna popatrzył na niego z wyrzutem.
- Na pewno czuje się bardzo samotna! 
- U niej jest staaaaszniiie nudno.
- Tu też będziesz się nudził, a tak, przynajmniej kogoś uszczęśliwisz.
- Dostanę obciachowy sweter z aniołkiem i kamienne ciasteczka.
- Rzeczy materialne nie są najważniejsze.
- Zostanę zmuszony do rozmów na temat pogody i mojego życia miłosnego.
- Dla niej jest to na pewno bardzo ważne.
- Jak jesteś taka mądra, to tam ze mną pojedź!
- Naprawdę?!- jej twarz rozpromieniła się.
Draco zastanowił się. Właściwie...
- Właściwie czemu by nie? Na pewno jej się spodobasz.
Chwilę później poczuł ucisk z żołądku, gdy naręcze "Żonglera" wbiło mu się w brzuch pod wpływem pełnego emocji uścisku Luny.
~*~*~*~
Draco przyglądał się siedzącej naprzeciwko niego Krukonce. Luna mówiła bez ustanku, a Malfoy udawał, że słucha, co jakiś czas potakując. To nie tak, że ją lekceważył. Po prostu słuchał oczami. Podobała mu się radość na jej twarzy, błysk podniecenia w oczach. Nigdy nie sądził, że uszczęśliwianie innych jest takie proste i przyjemne. I, że ktoś może cieszyć się z czegoś tak beznadziejnego, jak wizyta u starej ciotki. Właściwie, odwiedziny u krewnej nie wydawały mu się teraz taką katorgą jak wcześniej. Będzie miał kogoś do towarzystwa, a ciotka na pewno poświęci mnóstwo uwagi Lunie. Trzeba cioci tylko zawczasu uświadomić, że nie są parą i....
- Draco? 
Chłopak potrząsnął głową i spojrzał na koleżankę.
- Wybacz, co mówiłaś?
- Pytałam, czy chcesz pierniczka- odparła, wyciągając w jego stronę rękę z pudełkiem ciastek, które kupiła w pociągu. 
- Chętnie- Malfoy wziął od niej polukrowany przedmiot o bliżej nieokreślonym kształcie i ugryzł. 
Sekundę później poczuł, jak kawałki ciasta z całą siłą uderzyły o jego zęby, dziąsła i policzki, jakby w jego ustach nagle eksplodowała bomba. Mało brakowało, a wyplułby wszystko na fotel. 
- Co to miało być?!- zapytał, gdy udało mu się połknąć wściekłe ciastko. Swoją drogą, było całkiem smaczne.
- To eksplodujące pierniczki Piusa Randenwurga. Uwielbiam je. 
Draco spojrzał podejrzliwie na pudełko słodyczy i dyskretnie wyrzucił resztkę ciastka pod fotel.
~*~*~*~
Pierwszą rzeczą, którą Draco zdążył zarejestrować po wyjściu z pociągu, był włochaty i obszerny szal. Zasłonił mu pole widzenia i wdarł się do ust. Chłopak ledwo powstrzymał się przed splunięciem na chodnik. W nozdrza uderzył go odurzający zapach mleka i korzennego piernika. Silne ramiona miażdżyły mu żebra. 
Gdy ciotka Eleonora wreszcie go puściła, na wszelki wypadek oparł się o mur i bezsilnie patrzył, jak Luna ginie w odmętach bordowego płaszcza z włochatym kołnierzem.
Po wydostaniu się z tego przedpotopowego szkaradzieństwa, dziewczyna wyglądała na lekko otępiałą, ale szczęśliwą. 
Ciotka Eleonora zaczęła swój tradycyjny wywód, pełny oryginalnych zwrotów, typu "Dracusiu, jak ty urosłeś!", " Jaką masz śliczną koleżankę!" czy, rzucone konspiracyjnym szeptem "Całowaliście się już???".
Chłopak powstrzymał się od powiedzenia na głos, co sądzi o takich pytaniach. Grzecznie złapał pulchną rękę ciotki, z litością patrząc na Lunę, na której przedramieniu mocno zacisneły się ciotkowe kleszcze. Zamknął oczy, by po chwili otworzyć je w pełnym świetlistych lampek przedpokoju Eleonory Black.
~*~*~* ~
Ciotka powiesiła swój płaszcz na stalowym wieszaku i ruszyła do kuchni, krzycząc coś o gorącej czekoladzie z pianką. Draco pomógł Lunie z jej ubraniem. Dziewczyna z zachwytem przypatrywała się bibelotom wypełniającym każdą wolną przestrzeń. Przytulny- to słowo najlepiej definiowało dom ciotki Eleonory. Kwieciste tapety, wyplatane chodniczki, koszyki, świeczniki, wieszaczki, figurki, serwetki, poduszeczki, obrazki i inne mało praktyczne przedmioty obecne były wszędzie, w ilości znacznie przekraczającej dopuszczalną normę. Młody Malfoy nie bardzo gustował w takim stylu, ale musiał przyznać, że w mroźne wieczory mieszkanie Eleonory Black było dużo bardziej przyjemne, niż zimne mury Pokoju Wspólnego Slytherinu. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko zdobiły świetliste lampki, błyszczące choinki i magicznie kolorowe bombki. Krukonce szczególnie podobał się drewniany renifer ze świecącym nosem i ruszającymi się, migocącymi rogami. Draco chwycił ją za łokieć i wyprowadził z holu. Nie chciał, aby została tam do Wielkanocy. Po wejściu do salonu dziewczyna westnęła głośno i wyrwała mu się. Od razu podbiegła do okna i oparła łokcie na parapecie, wyglądając na zewnątrz. 
- Gdzie my właściwie jesteśmy?- zapytała, sycąc oczy widokiem ośnieżonych sosen i świerków. W oddali malował się srebrne szczyty majestatyczny gór. 
- Dom ciotki leży na zupełnym odludziu na południu Walii. Nie wiem gdzie dokładnie. Luna ponownie westchneła z zachwytu. Draco zmarszczył czoło. Nie widział w krajobrazie za oknem nic niezwykłego. Ale Krukonka wyglądała tak, jakby uważała go za  najpiękniejszy widok na świecie. 
- Chodźcie skarbeńki! Czekolada!- donośny głos ciotki rozległ się w całym domu. 
Chłopak poczłapał do kuchni. Usiadł przy wysokim blacie i włożył do ust pływającą w czekoladzie piankę. Leniwie żuł, obserwując swoją kreweną, która rozpromieniona prezentowała Lunie girlandy z cukierkami i koronkowe firaneczki w bałwanki. 
- A te szklane śnieżynki, tak, te tańczące, dostałam od mojej koleżanki- Mirandy. A te śliczne brokatowe choinki na karniszu to prezent od zaprzyjaźnionego sprzedawcy z "Esów i Floresów". Cóż za miły człowiek!
Draco znudzony sączył czekoladę, co jakiś czas przegryzając pasztecikami- dla urozmaicenia. Gdy po dwudziestu minutach ciotkowej paplaniny panna Black postanowiła zabrać gościa na górę, wolno zsunął się z krzesła i podreptał za Luną po schodach. Nie doszedł jeszcze na pierwsze( i jedyne) piętro, gdy usłyszał skrzypienie drzwi i głośny okrzyk zachwytu. Przyspieszył kroku i stanął w progu sypialni ciotki Eleonory. 
Pokój był stylistycznie dopasowany do reszty domu. Na środku stało wielkie rozłożyste łoże przykryte wełnianą kapą w kolorze przygaszonego różu. A na nim leżało wszystkie dwanaście kotów mieszkających w tym domu. Draco ziewnął. Włściwie nie przepadał za kotami. 
- Ach, Draco! Czyż one nie są piękne?!- zawołała Luna, głaskając jasnoszarego stwora, Merlina bodajże. 
- Tak właściwie, to...
- Nie słuchaj go skarbie. Zawsze zrzędzi jak stara baba. 
Chłopak rzucił na krewną pełne oburzenia spojrzenie. Właściwie miała rację. Ale nie trzeba jej utwierdzić w tym przekonaniu. 
- Dracusiu, pokaż Lunie jej pokój. To ten obok twojego. Ja pędzę robić kolację. 
Malfoy powstrzymał wszystkie uszczypliwe uwagi, które cisneły mu się na usta i wyszedł na korytarz. A za nim Luna z Kapciem* na rękach. 
~*~*~*~

Po pierwsze przepraszam, że tak długo musieliście czekać. Jestem osobą, która nigdy nie ma czasu (nawet w wakacje XD), także odpuszczę wam opowieści dziwnej treści dotyczące mojego życia. 

Po drugie: Wiem, kochacie świąteczne miniaturki w lipcu :D Bardzo chciałam aby była jednoczęściowa, ale wkrótce wyjeżdżam i nie wiem, czy bym zdążyła. 

Po trzecie: Ciotka Eleonora jest wymyślona od głowy do pięt. 

*Kapeć to kot, jeśli ktoś by nie zrozumiał. 

Pozdrawiam :3

25.03.2015

Miniaturka piąta: Ruda myszka

Wrzucam wam takie tam moje pierwsze Romione w życiu. Trochę dziwne. Chcę tę miniaturkę zadedykować Zosi (z którą przez przypadek wpadłam na ten oto pomysł) oraz wszystkim, którzy tak jak ja nie cierpią Romione XD Mam nadzieję, że zrozumiecie zamysł i nie pogubicie się w imionach. Zapraszam :)

W kominku pojawiły się zielone płomienie, z który ch chwilę potem wyszli Harry, Ron i Fred. W Norze od razu zapanowała wielka radość. Kiedy Molly obściskała i wycałowała już Wybrańca i jego przyjaciela, na chłopców rzuciły się ze śmiechem siosty Weasley. Ginny oczywiście na Harrego, Hermiona trochę niepewnie na Rona. Artur poklepał piętnastolatków w po plecach, Bill uśmiechnął się do nich przyjacielsko, Charlie zmierzwił obu włosy. George odtańczył dziki taniec godowy żurawia. Wszyscy popatrzył i krzywo na Percego, który tylko sztywno uścisnął chłopcom ręce, ale nikt tego nie skomentował. Po powitaniu, wszyscy udali się na obfity obiad, szczęśliwi, że wreszcie są razem.
~*~*~*~
Hermiona zajęła miejsce obok Rona. Wydawało się jej, że zatrzymał na niej wzrok. Odruchowo zrobiło jej się trochę gorąco. 
Właściwie podobał jej się od trzeciej klasy. Lubiła te jego brązowe loki i wielkie czekoladowe oczy. I do tego był najlepszym uczniem w klasie. Z nauczycieli tylko Snape go nie lubił.
A ona? Nie wyróżniała się praktycznie niczym, no może poza swoimi płomienno rudymi włosami, które w przeciwieństwie do długich pukli jej młodszej siostry, były krótko obcięte i sterczały radośnie na wszystkie strony. Lecz to akurat lubiła. Poza tym miała brązowe oczy i kilka piegów na, trochę ja na jej gust za długim nosie. Była też bardzo wysoka jak na swój wiek. 
Ale najgorsze było to, że była taka zwyczajna! Nawet wśród rodzeństwa. Bill był przystojny, Percy ambitny, Charlie odnosił sukcesy, bliźniacy byli zabawni, a Ginny śliczna. A ona? Dlaczegóż ktoś taki jak Ron miałby zwrócić na nią uwagę? Wiedziała, że traktuje ją tylko jak przyjaciółkę. Bolało ją to, ale z drugiej strony cieszyła się, że jest dla niego kimś ważnym. Nawet w ten sposób. 
- Hermiono, podałabyś mi masło?-głos brata wyrwał ją z rozmyślań.
- Proszę Bill- powiedziała, podając mu maselniczkę.
- Synku, dlaczego Fleur do nas nie przyjechała?- zapytała Molly z dobrze udawaną troskliwością. 
- Jest chora mamo. Chyba to przeziębienie.
- W lipcu?!- Hermiona zdziwiła się. Z przeciwieństwie do swojej rodzicielki i siostry, ona naprawdę Fleur lubiła.- Biedaczka...
- Nie musisz udawać, że cię to obchodzi- wtrącił się Percy.
Dziewczyna uniosła brwi. 
- Mogę wiedzieć o co ci chodzi?
- Nie udawaj głupszej niż jesteś- odparł, nakładając sobie na talerz ziemniaków.- Wszyscy wiedzą, że jesteś zazdrosna.
Przy stole zrobiło się cicho. Hermiona poczuła się mocno poirytowana.
- Mógłbyś mówić trochę jaśniej?
- No wiesz, urodą nie grzeszysz, inteligencją zresztą też nie, bycie Gryfonką zawdzęczasz pewnie tylko nazwisku, a two....
Percy'emu przerwała duża porcja kapusty, która nagle wylądowała na jego twarzy. 
Hermiona poczuła, jak pod jej powiekami zbierają się łzy. Szybko wybiegła z jadalni, a potem bez chwili namysłu- z domu. Słońce chyliło się już ku zachodowi. Wyglądało jak złota kula na tle różowo-błękitnego tiulu, lecz dziewczyna ledwie to zauważyła. Odruchowo pobiegła do domku na drzewie, który kiedyś zbudował dla niej Charlie. Nałożone były na niego specjalne zaklęcia, dzięki którym mogły go zobaczyć tylko trzy osoby- ona, Charlie i Bill. To właśnie dwóm najstarszym braciom Gryfonka ufała najbardziej. Szybko wdrapała się po drewnianej drabince, po czym weszła przez małe drzwiczki i zatrzasnęła je za sobą. Usiadła w kąciku, podciągnęła nogi pod brodę i obserwowała zagajnik przez nieduże okienko. Po zaledwie kilku minutach, na horyzoncie pojawił się jej najstarszy brat. Podszedszedł pod drzewo na którym się znajdowała i zadarł głowę do góry.
- Hermiono! Odrygluj drzwi! Wiem, że tam jesteś!
Po paru sekundach namysłu dziewczyna zdjęła drewniany skobelek i umożliwiła Billowi wejście. Mężczyzna wdrapał się na górę, ledwo przeciskając się przez niewielki otwór. Usiadł naprzeciw swojej siosty i spojrzał na nią badawczo. 
- Hermiono... Nie powinnaś brać sobie do serca tego co powiedział Percy.
- Ale to prawda- odparła, nie patrząc na niego.
- Nie możesz tak myśleć. Zasługujesz na to, aby być w Gryffindorze. Co do niego mam jednak wątpliwości. 
- A jednak nie jestem ani specjalnie piękna, ani inteligentna. 
- Nieprawda. To, że nie jesteś kanonicznie piękna, to nie znaczy, że wcale. I nie wąż mi się mówić, że nie jesteś inteligentna, bo wtedy dopiero zacznę w to wątpić.
Hermiona przusunęła się i mocno przytuliła do brata. 
- Jedź do Hogwartu i pokaż wszystkim ile jesteś warta. A gdy zwątpisz, pamiętaj, że wszystko może się wydarzyć. Nawet to, że mama pochwaliła dziś Georga za rzucenie w Percy'ego kapustą.
~*~*~*~
Miesiąc później

-Ron, nie żeby coś, ale ten pomysł w W.E.S.Z. jest bez sensu. Nie rozumiesz, że one lubią swoją pracę i nie chcą za to wynagrodzenia?
- Jak możesz tak myśleć?- Gryfon był bardzo obużony. -Nie rozumiesz, że one nie wiedzą co im się należy i jak mogłyby żyć?!
Hermiona z westchnieniem opadła na fotel. Nie miała już siły kłócić się z przyjacielem. 
- Idę na górę- powiedziała i ruszyła w stronę schodów. Nagle usłyszała jak ktoś woła ją po imieniu. Odwróciła się. W jej stronę zmierzał Oliver Brown, Gryfon z tego samego roku. 
- Hej- powiedział uśmiechając się szeroko. - Mam takie pytanie, nie poszłabyś może ze mną do Hogesmed? Jutro? No wiesz.
Hermiona zdziwiła się bardzo. Ona? Z Oliverem? Spojrzała ukradkiem w stronę Rona. Przyglądał się im, więc dziewczyna szybko odwróciła wzrok. Właściwie... Czemu nie? Co jej szkodzi?!
- Pewnie, bardzo chętnie z tobą pójdę- powiedziała i pożegnała się.
~*~*~*~
Nie ma co ukrywać, ale Oliver nie zaliczał się raczej do osób szczególnie inteligentnych. Miał dość pogodne usposobienie i nienajgorszy wygląd, co sprawiało, że był raczej lubiany, głównie wśród dziewcząt. Miał blond loki i niebieskie oczy, a jedyne czym zadziwiał, to to, że był właścicielem białego króliczka. Mimo iż oficjalnie nie byli parą, od pewnego czasu, a dokładniej ich wspólnego wyjścia do Hogesmed, zaczął nazywać Hermionę rudą myszką, co ją wprowadzało w irytację, otoczenie w rozbawienie, a Rona z niewiadomego powodu w dziką furię. Właściwie niewiele ze sobą rozmawiali, cały czas tylko się całowali. Kiedy Oliverowi nudziło się na lekcjach, wysyłał jej słabe wiersze miłosne, które nie wzbudzały w niej nic poza zażenowaniem. Ronald z niewiadomych względów przestał się do niej odzywać. Gdy pytała o przyczynę Harry'ego, ten tylko odpowiadał wymijająco. 
Oliver był ściagącym w drużynie qudditcha Gryffindoru. Kiedyś, po wygranym meczu, pocałował ją na oczach całego domu, co wprawiło ją w niemałe zakłopotanie. Później, widziała Rona i Harry'ego rozmawiających cicho na jakiś ciemnych schodach. Coraz mniej rozumiała. Tygodnie mijały, a Hermiona czuła, że Oliver irytuje ją z dnia na dzień coraz bardziej. Czasem miała go po prostu dosyć. 
Pewnego dnia przytrafił jej się mały wypadek. Podczas lekcji Opieki nad Magicznymi Stworzeniami ktoś niechcący popchnął ją. Wywróciła się i uderzyła głową o ziemię, tracąc przytomność. Niby nic poważnego, ale gdy następnego dnia obudziła się w skrzydle szpitalnym, zastała niektóre sprawy miały się zupełnie inaczej niż wcześniej.
~*~*~*~
Obudziła się w skrzydle szpitalnym, co właściwie było do przewidzenia. Przy jej łóżku siedział mocno zmartwiony Ron. 
- Hermiono...! Żyjesz?
- Jak widać. Cześć Ron- powiedziała i uśmiechnęła się do niego ciepło. Rozglądnęła się po sali w poszukiwaniu swojego adoratora, lecz poza jej ich dwójką w sali nie było nikogo.
Ron zauważył jej spojrzenie. 
- Hermiono... Musisz wiedzieć, że ty i Oliver sobą zerwaliście.
- Naprawdę?!- dziewczyna opadła na poduszki. -Cudownie. Nareszcie. 
Chłopak trochę się zdziwił.
- Cieszysz się?
- Bardzo- odparła ze śmiechem.
Ronowi wyraźnie poprawił się humor. 
- Ile tu siedzisz?- zmieniła temat.
- Jakieś... Cztery godziny?
- Słucham? Aż tyle?!
- No wiesz... Czekałem, aż się obudzisz. 
Hermiona nagle poczuła jak robi jej się cieplej na sercu. Dlaczego ona tak długo się męczyła z tym durnym Oliverem? Po co jej on, skoro ma takiego przyjaciela? Nawet, jeśli tylko przyjaciela...
- Hej... Wszystko w porządku?- zapytał chłopak, widocznie zaniepokojony jej chwilowym milczeniem. 
- Tak- odparła zdecydowanie. - W najlepszym. 


~*~*~*~

Ostatni akapit jest raczej kiepski, ale nie miałam nastroju uczynić go lepszym. Przepraszam. Proszę o komentarze :)

P.S. Czy ktoś z was, tak jak ja, jest wielkim fanem ks. Natanka? :D



16.03.2015

Miniaturka czwarta: Nowe Pokolenie Huncwotów- Dopiec światu (część pierwsza)

Zapraszam na pierwszą część nowej miniaturki. Możliwe, że pomysł nie nowy, ale proszę, stwierdźcie to sami. Ta miniaturka oraz jej następna część będą lekko blogaskowe. Taki klimacik. Zapraszam do czytania. 

~*~*~*~
Wyobraźmy sobie, że pierwszego września 1991 roku, Harry Potter przystał na propozycję Dracona Malfoya i zgodził się zostać jego przyjacielem. Zakładamy także drugą rzecz- Lucjusz i Narcyza Malfoy w skutek tragicznego wypadku, osierocili swojego syna w tym samym roku. Przyda nam się założyć jeszcze jeden, najważniejszy fakt- przyjaźń Wybrańca z arystokratą przetrwała. I trwa nadal.
~*~*~*~
- Pssst! Harry! Psst! Idzie!
Siedemnastoletni Gryfon mrugnął porozumiewawczo do swojego blondwłosego przyjaciela na znak, że usłyszał. Poprawił okulary na nosie i zarzucił na siebie pelerynę niewidkę. Gdy tylko jego postać stała się niewidoczna, Draco wyszedł na środek korytarza, za którego rogiem przed chwilą się chował. W jego stronę zmierzała Pansy Parkinson w otoczeniu swoich kumpli- Crabba I Goyla.
Malfoy czuł, jak zawiesiła na nim swoje nienawistne spojrzenie, które ledwo mogło przecisnąć się przez gąszcz usmarowanych czymś czarnym rzęs. 
- Witaj Pansy!- zagadnął Draco, nakładając na twarz jeden ze swych sztucznych, aczkolwiek pięknych uśmiechów.
- Czego chcesz Malfoy?- zapytała wykrzywiając pomalowane usteczka w wyrazie pogardy.
- Och, mogłabyś grzeczniej złotko. To niebezpieczne, tak się do mnie zwracać.
- Doprawdy?- Ślizgonka uśmiechnęła się wrednie, a Goyle jak na zawołanie zaczął podciągać rękawy swojej szaty. Dracon nie zląkł się jednak, mimo, że przy Gregorym wyglądał jak fretka przy niedźwiedziu.
- Wiesz Pansy.... Jest taka klątwa....
- Jaka klątwa?- uśmieszek zszedł z twarzy mopsa, a jej brwi zmarszczyły się.
- A taka, że za wszystkie niemiłe słowa wypowiedziane pod adresem któregokolwiek Gryfona, będziesz musiała zapłacić.
- Uderzyłeś się Malfoy?- Parkinson odzyskała pewność siebie -To najgłupsza rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałam! Czy ty myślisz, że ja jestem aż taka głupia?!
- Z grzeczności nie zaprzeczę.
- Ty palancie! -ledwo Ślizgonka wypowiedziała te słowa, a ktoś pociągnął ją mocno za włosy, tak, że aż krzyknęła.
- Jak śmiesz?!- na skoczyła na Bogu ducha winnego Crabba.- Bawi Cię to?!- wydarła się, choć Vincent wcale nie wyglądał jakby mu było do śmiechu.
Draco za to śmiał się tak głośno, że aż ugięły się pod nim kolana.
- Nie śmiej się, durny klarnecie!*- ledwo Pansy krzyknęła te słowa w kierunku Dracona, kiedy w dziwnie niezgrabnym ruchu skoczyła do przodu. Zaraz potem odwróciła się gwałtownie w kierunku Goyla, z chęcią mordu wypisaną na twarzy. 
- Tu zboczeńcu! Jak śmiesz kopać mnie w tyłek!
Dracon śmiał się głośno, gdy biegł w kierunku wieży Gryffindoru, odprowadzany przez niecenzuralne okrzyki koleżanki ze Slytherinu. Cały czas słyszał echo swoich kroków. Posapywał też podwójnie. Słyszał śmiech Harrego za sobą i mimo iż był już daleko, biegł nadal jakby uciekając przed przyjacielem, nadal skrytym pod peleryną. Zatrzymali się oboje dopiero przed portretem Grubej Damy. 
- Niepochamowana brawura- wydyszał, po czym razem z widocznym już dla otoczenia Harrym, przekroczył próg.
W Pokoju Wspólnym nie było prawie nikogo. Tylko kilkoro uczniów siedziało w fotelach lub przy stolikach, odrabiając prace domowe lub plotkując. Już z daleka zauważyli dwie znajome czupryny- jedną rudą, drugą czarną jak smoła.
- Hej Neavill, siemasz Ron- rzucił Harry, zanim opadł na kanapę obok przyjaciół.
- Powiedziałbym, że mi przykro, ale cóż zrobić, skoro tak nie jest. Przegraliście zakład- powiedział z wielkim uśmiechem Dracon, opierając się nonszalancko o fotel.
Neavill westchnął.
- Ja mam być szczery, to się tego spodziwałem. Parkinson jest za głupia.
- Przepraszam, że wam przerywam, ale spójrzcie na to- powiedział Ron i wskazał głową w stronę schodów prowadzących do dormitoriów dziewcząt. Schodziła z nich właśnie Hermiona Granger, a w jej stronę zmierzał powoli Seamus Finnigan.
- Eee... Hermiono?
- Tak Seamus?
- Bo ja tak sobie myślałem... Czy może byś ze mną.. No ten.. Wiesz... Nie poszła... Na bal, znaczy się.
Hermiona popatrzyła na chłopaka takim wzrokiem, jakby właśnie zdiagnozowała u niego ciężkie zaburzenia psychiczne.
- Nie gniewaj się Seamus, ale raczej nie- uśmiechnęła się krótko i uciekła przez dziurę w portrecie.
Finnigan spojrzał zrezygnowany na nowe pokolenie Huncwotów, którzy uśmiechnęli się do niego pocieszająco. 
- Liczyłem, że może mnie się uda- przyznał.
- Nie martw się stary. W ciągu ostatniego tygodnia odmówiła równo dwunastu chłopakom- powiedział Draco oglądają swoje paznokcie.
Wszyscy zebrani popatrzyli na niego jak na wariata.
- A teraz wybaczcie panowie, ale mam sprawę do załatwienia- rzucił i pewnym siebie krokiem wyszedł z Pokoju Wspólnego.
~*~*~*~
Gdziesz może być Hermiona Granger, jeśli nie w bibliotece? To oczywista oczywistość. Tak było i tym razem. Draco poszukał trochę w kilku zakamarkach i w końcu znalazł ją, otoczoną co najmniej tuzinem ciężkich ksiąg. Zdecydowanie za dużo jak na jeden esej z historii magii.
- Hej Herm- powiedział, siadając obok niej.- Mam do ciebie pytanie.
- Tylko szybko, widzisz, że jestem zajęta- odparła, nawet na niego nie spoglądając.
- Pójdziesz ze mną na bal?- zapytał.
Hermiona wypuściła głośno powietrze.
- Sorry, ale raczej nie.
- A to czemu?
Kolejny świst.
- Ponieważ nie mam ochoty.
- A to czemu?
- A temu, że jesteś rozpieszczony dzieciakiem, którego największą rozrywką jest bieganie po korytarzach ze swoimi kumplami i doprowadzanie innych do szewskiej pasji!
- Po pierwsze, jak według ciebie mogę być rozpieszczony, skoro jestem sierotą?
- No dobrze, przepraszam.
- Po drugie, dlaczego uważasz, że robienie kawałów innym jest tylko moim zajęciem, a Harrego czy Rona o nic takiego nie posądzasz?
- Posądzam, sklerotyku. Wczoraj posądzałam i robię to praktycznie codziennie.
- No w sumie... Okay. I ostatnia wątpliwość: czy Seamus, Dean, Alex, Charles, Louis, Reul, Michael, Benjamin, Paul, Stephan, William, Joseph i Jermaine również są rozmieszczonymi dzieciakami, których ulubioną rozrywką jest bieganie po korytarzach ze swoimi kumplami i doprowadzanie innych do szewskiej pasji?
- zapytał z niewinnym uśmieszkiem.
- Skąd ty.... 
- Mam swoje sposoby.
Hermiona milczała przez chwilę, wpatrzona w uśmiechnętego od ucha do ucha Dracona. W końcu powiedziała: 
- Wiesz co fretko? Zawrzyjmy układ.
Tleniony zdziwił się tak bardzo, że aż zapomniał upomnieć Mionę za użycie jego znienawidzonego przezwiska.
- Jaki układ? - zapytał natychmiast.
Dziewczyna uśmiechnęła się triumfalnie.
- Zasady są takie. Jeśli uda ci się w ciągu jednego dnia doprowadzić do szału po jednej osobie z każdego domu, tak aby nie wiedziały, że to ty, pójdę z tobą na bal.
Blondyn roześmiał się głośno.
- Nie uważasz, że to trochę za proste?
- Uważam. Dlatego jest jeden haczyk. 
- Umieram z ciekawości.
- Podczas tego dnia, nie możesz ani razu złamać regulaminu szkolnego.
- Słucham?!
- Ani razu- powtórzyła Hermiona i uśmiechnęła się wrednie.
- Wiesz co? Dobrze. Ale pod warunkiem, że mi pomożesz.
- No chyba żartujesz!
- No weź, zgódź się... Przecież skoro nie będziemy łamać regulaminu, to co ci szkodzi? Choć raz nie bądź sztywną panną Wie...
- Wchodzę w to.
- To cudownie- odparł Draco i uśmiechnął się szeroko. - Tylko ubierz się ładnie na bal.
~*~*~*~
* W dzielnicy w której mieszkam, klarnet oznacza kogoś bardzo mało inteligentnego. Używany zamiennie z bajokiem. Ktoś wie skąd jestem? :)





~*~*~*~

Postanowiłam, że napisze kilka miniaturek o tzw. Nowym pokoleniu Huncwotów. Oto połowa pierwszej z nich. Proszę o komentarze i dziękuję za wszystkie pod poprzednim postem :)


7.03.2015

Miniaturka trzecia: Jedyne co mam do powiedzenia na temat miłości, to to, że jest ślepa.

Zapraszam na trzecią miniaturkę. Chcę bardzo podziękować za motywujące komentarze pod poprzednimi postami. Zgodnie z sugestiami- jest coś więcej niż tylko dialogi :) Tą miniaturka chcę dedykować Agacie, która dzielnie znosi moje lamenty na temat Sama-Wie-Kogo i zmusza mnie do pisania. Czasem XD

Przyjmijmy na czas tej opowieści, że nasza kochana Minerva McGonagall jest trochę starsza niż w rzeczywistości. A dokładniej, że urodziła się w 1928 roku. Dwa lata po Tomasie Marvolu Riddle.
~*~*~*~
Piętnastoletnia Minerwa szła szybkim krokiem korytarzami Hogwartu. Na zewnątrz już dawno zapadł zmrok, drzewa szumiały złowieszczo. Młoda Gryfonka wracała z biblioteki, chcąc zdążyć do wieży przed ciszą nocną. 
Co by nie mówić, panna McGanagall była ładną dziewczyną. Wysoka i szczupła, miała dość nietypowe, wyraziste rysy twarzy, wielkie brązowe oczy, malutkie usta i długie piękne włosy koloru ciemnego złota, które zawsze powiewały za nią jak sztandar. Mimo znacznego zainteresowania ze strony płci przeciwnej, Minerva nie zaprzątała sobie głowy romansami. Twardo stąpała po ziemi i była zdania, że miłość w jej wieku przyniosła by tylko rozkojarzenie i zamęt w jej poukładanym życiu. Wprawdzie była taka jedna osoba, ale... Nie. To nie wchodziło w grę.
Gryfonka szła dalej przede siebie, skupiając się na drodze, gdyż o tej porze na korytarzach było prawie zupełnie ciemno, a ona nie chciała zwracać na siebie uwagi zaklęciem Lumos. W pewnej chwili usłyszała dźwięk, podobny do tego towarzyszącego upadkowi biżuterii lub innych, lekkich metalowych przedmiotów. Zaskoczona zatrzymała się w pół kroku. Zaraz potem usłyszała ciche przekleństwo dobiegające z tej samej strony co poprzedni dźwięk. Poczuła, jak jej przedramiona pokrywają się gęsią skórką. Rozejrzała się. Na korytarzu nie było nikogo. Z duszą na ramieniu ruszyła w stronę głosu, który w tym momencie udowadniał, że zna dużo niecenzuralnych zwrotów. Nagle ucichł. Minerwa poczuła się jeszcze gorzej niż przed chwilą. Już chciała zawrócić, gdy nagle dwie silne ręce złapały ją od tyłu. Jedna zakryła usta, a druga oplotła ją tak, że miała unieruchomione obie ręce. Dziewczyna próbowała krzyczeć i wyrywać się, ale napastnik był bardzo silny. Pociągnął ją w stronę ciemnych drzwi, które otworzył kopniakiem, po czym wepchnął ją do środka. Sam również wszedł. Drzwi zamknęły się za nimi z łaskotem.
Zanim dziewczyna zdążyła stanąć pewnie na nogach, została brutalnie złapana za ramiona i odwrócona. Zamarła.
- Tom?- zapytała łamiącym się głosem.
- Minerwa?
Chłopak rozdziawił usta ze zdziwienia. Jego przydługie, ciemne loki opadły na czoło. Czarne oczy wlepione były w jej twarz. 
Po chwili, jakby w nagłym przypływie opamiętania, puścił jej ramiona. Odsunął się trochę, lecz nadal nie spuszczał jej z oczu.
- Co to miało być?- zapytała cicho.
Ślizgon przymknął oczy i przygryzł dolną wargę w wyrazie skupienia.
- Nie wymyślaj kolejnych kłamstw!- jej głos odzyskiwał normalną pewność siebie.- Choć raz, choć jeden raz w życiu powiedz mi prawdę!
Tom otworzył oczy i spojrzał na nią. Jego oczy wyrażały ból. 
- Nie mogę- powiedział.- Nie mogę.
- Dlaczego?!- krzyknęła i podeszła blisko niego.- Dlaczego nigdy nie możesz być ze mną szczery?! Dlaczego wiecznie coś ukrywasz?!
Niespodziewanie chłopak gwałtownie przyciągnął ją ku sobie i pocałował. Bardzo mocno. Z taką tęsknotą i bólem, że pod Minerwą ugieły się nogi.
- Nie mogę-  wyszeptał jej w usta.- Wierz mi, nie chciałabyś wiedzieć. Jesteś tak niewinna- jego ręka delikatnie gładziła jej policzek- Że to mogłoby cię zniszczyć.
Gryfonka poczuła jak po jej policzkach spływają łzy. Zacisnęła powieki. Dlaczego?! Dlaczego musiała pokochać akurat jego?!
- Nie płacz... Proszę, nie płacz...
Tom całował jej usta, policzki, skronie, powieki.  A ona dalej płakała. Nie wiedziała ile tak stali. Ale w końcu łzy wyschły, a usta spierzchły. Minerwa odsunęła się od Ślizgona i podeszła do drzwi. 
- Żegnaj Tom. Obyś odnalazła właściwą drogę- powiedziała i opuściła salę, zanim Riddle zdążył odpowiedzieć. Nie zobaczyła już diademu Roveny Rivenclaw, wysuwającego się z kieszeni przyszłego Lorda Voldemorta.




~*~*~*~

Dla mnie jest zdecydowanie za słodkie. Ale ja jestem taka romantyczna inaczej, więc możliwe, że to tylko moje odczucia. Proszę o komentarze :)


1.03.2015

Miniaturka druga: Póki śmierć nas nie połączy (część druga)

Ostatnia część miniaturki dramione, a raczej połączenie części drugiej i trzeciej, które dnia 25.07.2016r. musiałam uczynić. Bardzo dziękuję za komentarze pod poprzednią. Co do uwag w nich zawartych: jest to raczej jedna z niewielu miniaturek tego typu. Zapraszam do czytania.

~*~*~*~

- Draco?
- Hmn?
- Jesteś głodny?
- Raczej nie, a czemu pytasz?
- Zastanawiam się, czy tutaj można odczuwać podstawowe potrzeby.
- Mam nadzieję, że nie, bo nie wyglądasz na zbyt pożywną.
- Bardzo śmieszne, naprawdę.
- Weź wyluzuj kobieto.
- Wiesz, czyściec nie jest miejscem wywołującym we mnie przyjemne skojarzenia. Zresztą ta biel doprowadza mnie do szału.
- Mnie akurat też. Gdyby tak więcej zieleni...
- Czerwieni!
- Zieleni!
- Zieleni i czerwieni. Zadowolony?
- Tak. Życie to kompromis. Ech...
- Twoje głębokie myśli filozoficzne czasem mnie dobijają.
- Jak mamy tu przeżyć, to musisz przestać zrzędzić Hermiono.
- A ty musisz przestać rzucać sarkastyczny mi komentarzami. Draco.
- Moje imię dobrze brzmi w twoich ustach. I nie musisz się czerwienić. Naprawdę, nie trzeba.
- Patrz!
- Na co?
- Na drzewa!
- Są tam!
- Choć!
- Już idę! Nie ciągnij mnie tak. Nie ucieknie.
- Patrz! Są prawdziwe!
- Tak... Nawet pachną.
- Nigdy nie widziałam piękniejszych drzew!
- Niezłe są, ale patrz. Podłoże nadal jest białe.
- Chodźmy dalej.
- Ale po co? Drzewa wdzędzie takie same.
- Jak chcesz, to mogę cię tu zostawić.
- Nie, lepiej nie! Jeszcze nie wrócisz czy coś.
- A co, tęsknił byś?
- Wiesz, w gruncie rzeczy jesteś lepsza od samotności.
- Dzięki Draco. To było miłe. 
- Starałem się.
- Spójrz w górę!
- Niebo!
- I chmury!
- Rozejrzyj się. Nie widać już nigdzie tej białej przestrzeni.
- Jakoś za nią nie tęsknię.
- Ani ja.
- Czy to wąwóz?
- Chyba tak. Ale lepiej tam nie schodź.
- Czemu nie? Przecież nic mi się nie może stać. Bardziej martwa już raczej nie będę.
- No nie wiem. 
- Przestań marudzić. Nic nie może się stać, jeśli podejdę bliżej. Prze.... Aaaaaaa!
- Hermiono!
~*~*~*~
Cisza.
Cisza.
Cisza.
- Hermiono?! Gdzie jesteś?! Nie widzę cię. W ogóle nic nie widzę. Tu jest tak jasno! Słyszysz mnie?!
- Jestem tutaj.
- Gdzie.
- Nie...Nie wiem. Też cię nie widzę. Ale słyszę twój głos. Gdzieś blisko.
- Słyszysz to?!
- Tak! To coś jak trzęsienie ziemi! Czuję jak wszystko wibruje i trzeszczy!
- Złap mnie za rękę!
- A jak według ciebie mam cię złapać za rękę, skoro... O. Ty chyba nie masz takich problemów.
- Draco uważaj, zaraz zmiarzdżysz mi żebra.
- Wybacz. I tak na marginesie: powinnaś umyć włosy. Czuć je krwią.
- A jak według ciebie miałam to zrobić?
- Dobrze, dobrze. Nie wierć się. Wydaje mi się, że ta jasność się przeżedza. 
- Tak, masz rację... Chyba znów widać nasz las. 
- Wstawaj! Choć!
- Poczekaj Hermiono! Stój! Nie!
- Dlaczego?
- Nie mogę wstać. Coś... Coś mnie trzyma.
- Słucham?!
- Jakaś siła. Tak czy inaczej,  nie mogę się ruszyć.
- Draco, patrz! To... 
- To niebo. Idź.
- Co?
- Zostaw mnie tu i idź. Nic mi nie będzie.
- Chyba sobie żartujesz?!
- Hermiono, ja mówię zupełnie poważnie.
- Nie ma mowy! Nigdy cię nie zostawię!
- Proszę cię, nie płacz. Ja rozumiem, że mnie kochasz, ale bez przesady.
- Zaraz oberwiesz.
- Czyli nie idziesz?
- Nie.
- Myślę, że jednak zmienisz zdanie.
- Rozwiń tę myśl.
- Właśnie odkryłem, że ta siła puściła. Ej, zaraz mnie udusisz, kobieto! Choć lepiej. W końcu mamy dla siebie całą wieczność.


~*~*~*~

Proszę o opinie dotyczące całości. Następna miniaturka będzie już miała coś więcej niż dialogi XD

23.02.2015

Miniaturka druga: Póki śmierć nas nie połączy (część pierwsza)

Taaaa daaam! Druga miniaturka. Dramione, zgodnie z zapowiedzią. Zapraszam do czytania.

~*~*~*~

Nagle poczuł, jak coś ciężkiego wbiło się mu w plecy. Zatrzymał się i zachwiał. Oprócz bólu, czuł niesamowite ciepło, które rozlewało się po jego ciele. Świat wokół nagle znalazł się za niewiedzialną barierą. Nic nie słyszał. Nic nie czuł. Było tylko to ciepło. Potem wszystko zawirowało. Upadł na kolana. Poczuł krew w ustach. Upadł. A potem była już tylko jasność.

~*~*~*~
Coś uderzyło w nią z niesamowita siłą. Rozbłysło zielone światło. Zawsze zastanawiała się, jak to będzie. Nie bolało, choć było nieprzyjemne. Usłyszała szaleńczy śmiech pełen satysfakcji. I krzyk, pełen bólu. Zacisnęła palce mocniej na różdżce. Chciała zginąć razem z nią. Jej ciało stało się niesamowicie ciężkie. Upadła. Jej głowa zadzwodziła o posadzkę. A potem ogarnęła ją światłość.

~*~*~*~
 Otwarła oczy i zmróżyła je pod wpływem oślepiającej bieli. Najpierw pomyślała, że trafiła do skrzydła szpitalnego, ale zaraz zreflektowała się.
- Hermiono, ty nie żyjesz. Nie mogłaś trafić do skrzydła szpitalnego. A przynajmniej... Obudzić się w nim- powiedziała do siebie na głos.
Usiadła. Świat zawirował. Chwyciła się za głowę. Po chwili wszystko uspokoiło się, a ona rozejrzała się wokół siebie.
Całe otoczenie jaśniało przerażającą bielą. Po za tym trudno było o tym miejscu cokolwiek powiedzieć. Biała nicość- oto najbardziej trafne określenie. Wstała i zrobiła kilka kroków. Czuła się zupełnie normalnie.
Z wachaniem poszła dalej. Ku swojemu zdziwieniu dostrzegła coś, co wyglądało jak kilka białych kamieni zbudowanych z tej samej dziwnej białej materii, co otoczenie.
Usiadła na jednym z nich i wyprostowaną nogi. To czyściec? Okres przejściowy? Cokolwiek to było, było okropne. "Żeby chociaż mieć tu kogoś, z kim można porozmawiać"- pomyślała z tęsknotą. 
Nie minęło parę sekund, gdy za swoimi plecami usłyszała kroki. Odwróciła się błyskawicznie i wytrzeszczyła oczy.
- Malfoy?!
- Granger?!?!?!
- Za jakie grzechy?!- krzyknęli jednocześnie i zmierzyli się równie nienawistnymi spojrzeniami.
- Uważam, że w twoim przypadku to pytanie jest nie na miejcu- powiedziała wyniośle Hermiona. Ślizgon w odpowiedzi tylko prychnął. Po chwili wahania usiadł na " kamieniu", który był położony najdalej od Gryfonki. Dziewczyna odwróciła się do niego plecami i podciągnęła kolana pod brodę. Nie o takie towarzystwo prosiła.


~*~*~*~

Milczeli. Długo. Tak długo, że Draco z nudów zaczął liczyć pieprzyki na swoim ciele.


Cisza.

Cisza.
Cisza.
Cisza.


- Granger?

- Czego?
- Czy ty też nie żyjesz?
- Tak sądzę Malfoy.


Cisza.

Cisza.


-Jak zginęłaś?

- Dostałam Avadą. A ty?
- Czymś ostrym. Nożem chyba.
- To dziwne. Po co ktoś miałby rzucać w ciebie nożem, skoro jest czarodziejem?
- Nie wiem Granger. Naprawdę nie wiem.
- Może zgubił różdżkę...
-Jakoś mało mnie to obchodzi. Nie żyję. To mój główny problem.


Cisza.

Cisza.


- Granger? Gdzie my jesteśmy?
- Nie wiem Malfoy. Może to przedsionek nieba, albo...
- Czyściec?!
- To bardzo prawdopodobne, zważywszy, że jestem tu z tobą.
- Ta aluzja nie była potrzebna.
- Minuta z tobą powinna wymazać wszystkie moje grzechy. 
- No dziękuję ci bardzo, Granger, naprawdę. Ty nawet po śmierci będziesz człowieka gnębić. Jak to się mówiło? "Niech spoczywa w pokoju". W pokoju może, ale w spokoju na pewno nie.
- Malfoy. Między nami nie ma pokoju.
- Wybacz to niedopatrzenie.
- Wybaczam.
- Pfff.
- Powinieneś się cieszyć Malfoy, że choć jedną rzecz ci wybaczyłam.
- Nieładnie jest chować urazę, wiesz?
- Nieładnie jest nie przepraszać, słyszałeś o tym?
- Nie.
- A ja nie słyszałem o wybaczaniu.


Cisza.

Cisza.

Naprawdę długa cisza.

- Przepraszam Granger.
- Nie ma sprawy.
- Właściwie myślałem, że zaczniesz wymachiwać rękami i prawić kazania.
- Wiesz Malfoy, kiedy nie żyjesz, pewne rzeczy przestają mieć dla ciebie znaczenie.
- Granger, czy ty też to widzisz?
- Co takiego?
- Ta przestrzeń... Coś się w niej pojawia.
- Niby co takiego? Nic nie widzę.
- Jakby zarys drzew... Choć tu, może stąd zobaczysz.
Stuk, stuk.
- Widzę Malfoy! To jakby... Widmowy las?
- Na to wygląda.
- Przesuń się Malfoy, bo zaraz spadnę z tego kamienia.
- Mam ochotę powiedzieć coś niegrzecznego.
- Powstrzymaj się.


Cisza.



- Granger?
- Tak?
- Czy myślisz, że zostaniemy tu na zawsze?
- Nie wiem Malfoy.
- Żadna z tych wszystkich wielce mądrych ksiąg, które przeczytałaś nie wspominała nic o takich przypadkach?
- Ta ironia była zbędna. I nie. To może wykraczać poza twoje zdolności pojmowania, ale wyobraź sobie, że większość autorów książek jest żywa.
- Och, nie dąsaj się Granger. Jak mam tu z tobą zostać na wieki, to wolałbym, żebyś się o byle co nie obrażała.
- A ja bym wolała, żebyś był mniej ironiczny.
- Kobieto, ja się od momentu śmierci bardzo hamuję!
- Doprawdy?! Gdybym wiedziała, że ukatrupienie zmienia człowieka, zabiłabym cię już dawno temu!
- Stop.
- Co?
- Granger, czy ty nie rozumiesz, że my tu możemy zostać na wieczność?! Nie uważasz, że powinnaś się trochę lepiej zachowywać, a nie tylko besztać mnie o wszystko?!


 Cisza.



- Sorry Malfoy. Masz rację.
- Draco jestem.
- Hermiona.
- Gra... Hermiono, widzisz to?!
- Ten las! On jakby...
- Urzeczywistnia się!
- Nabiera kolorów!
- Staje się prawdziwy!
- Ale nadal jest jakiś taki niewyraźny.
- Cierpliwości Hermiono. Cierpliwości.





~*~*~*~


Oto pierwsza część. Prawdopodobnie czekają nas jeszcze dwie. I znów proszę: potraktujcie to z przymrużeniem oka. Jeśli przeczytałeś- proszę skomentuj. Nawet jeśli nie będą to miłe słowa. To i tak ważne ;) UWAGA! Druga część wbrew pozorom nie znajduje się między pierwszą a drugą, ale po miniaturce dziewiątej. Oszczędzę wam tłumaczenia.


20.02.2015

Miniaturka pierwsza: Dom Starców

I oto pierwsza miniaturka. Miało być dramione. Nie wyszło XD Proszę, potraktujcie ją trochę z przymrużeniem oka ;)




Lord Voldemort wyciągnął się w fotelu i jęknął. Reumatyzm znów mu dokuczał. Powiedzenie " Starość, nie radość, młodość nie wieczność" nabierało w jego przypadku nowego znaczenia i głębszego sensu. Niezadowolony wstał i wyprostował się. Doczekawszy się głośnego chrupnięcia w okolicy krzyża, podszedł do okna. Widok na zewnątrz nie przedstawiał się ciekawie. Słońce świeciło, drzewa szumiały, a wredne bachory biegały jak głupie w tę i z powrotem po ulicy. Czarny pan naburmuszył się jeszcze bardziej. W swej nienawiści miał ochotę kopnąć w kaloryfer. Na szczęście w porę przypomniał sobie o ostatnich skutkach jego złośliwego, w stosunku do rzeczy martwych, postępowania. Skrzywił się na wspomnienie bólu stopy, gdy w zeszłym tygodniu kopnął Bogu ducha winną szafę. Teraz tylko obdarzył mebel nienawistnym spojrzeniem.
 Chwilę później drzwi do jego pokoju otworzyły się i stanęła w nich pulchna, ciemnowłosa kobieta w średnim wieku. 
- Panie Tomie, proszę zejść na obiad- powiedziała dość obojętnym tonem. Wprawdzie Astoria Greengras do wszystkich podchodziła życzliwie i z uśmiechem, ale w ciągu dziesięciu lat pracy nauczyła się, że dla tego mężczyzny nie warto być miłym.
- Już idę- burknął Riddle w odpowiedzi, zakładając swoje kapcie w kształcie tygrysich łap. Z niezadowoleniem stwierdził, że jego nogi wystają z nich jak szczudły z miednic. "Trudno"-pomyślał. " Potter na pewno nie da mi innych."
Udał, że nie zauważył rozbawienia na twarzy opiekunki. Z godnością poprawił swój podkoszulek z Myszką Miki i opuścił pokój.
Widok jasnego korytarza zepsuł mu humor jeszcze bardziej, o ile jest to w ogóle możliwe. Białe ściany pomalowane w kolorowe kwiaty oraz pozłacane plakietki na drzwiach z wygrawerowanymi imionami mieszczkańców przyprawiały go o odruch wymiotny.
Gdy wszedł do jadalni, wszyscy już tam byli. Voldemort usiadł na wolnym miejscu obok Lucjusza Malfoy'a i zabrał się za sporzywanie swojej porcji klopsików z makaronem. Osobiście twierdził, iż były obleśne, jak wszystko co tu podają, ale ten durny Weasley stwierdził kiedyś uszczypliwie, że nie załatwi mu krwi jednorożca. Pacan. 
Gdy Czarny Pan skończył jeść, ze znudzeniem podparł głowę na ręce i przyglądał się pozostałym. Draco Malfoy, magomedyk, powiedział mu, że przyjaźnił się z tymi ludźmi zanim utracił pamięć. Tak twierdzili też wszyscy pracownicy ośrodka i ten głupkowato uśmiechający się pracownik ministerstwa- Ronald Weasley. Przekonywał go do tego nawet właściciel "Domu spokojnego Śmierciożercy"- ten idiota, Harry Potter. Tom nie wiedział wprawdzie kim są Śmierciożercy, ale nazwa wydała mu się całkiem sympatyczna.
-Tomciu, kochany!- zaszczebiotała nad jego uchem staruszka z burzą siwych włosów na głowie.- Co powiedz na partię remika z Selwynem i Nottem?
- Cóż...- Riddle szybko rozważył wszystkie możliwości spędzenia popołudnia, po czym odrzekł:
- Niech będzie Bello.
Kobieta uśmiechnęła się szaleńsko, klasnęła w dłonie i w towarzystwie dwóch pozostałych graczy udała się do pokoju dziennego. Voldemort zrezygnowany podążył za nimi.

~*~*~*~
Harry Potter i Ronald Weasley weszli do opustoszałej jadalni, w której kręciła się tylko Astoria sprzątająca po obiedzie.
- Witam panno Greengras.
- Dzień dobry pani.
- Witam panie Potter, panie Weasley.
- Jak sprawują się nasi "pacjenci"?
- Nie licząc humorów Toma Riddle'a i napadów śmiechu Belli, wszystko jest w porządku.
- Znakomicie. Co robią aktualnie?
- Część gra w karty, ale większość udała się do ogrodu.
- Hmn... Czy wykazują jakieś cechy, czy zdarzyły się im ostatnio jakieś zachowania, które można by uznać za wspomnienia z dawnego życia?
- Nie, panie Weasley. Żadnych zmian. Zaklęcie trzyma się doskonale.
- To dobrze, to bardzo dobrze... Nawet Voldemort?
- Nie, panie Potter. Tom często złości się o byle co i czasem zdarzają mu się małe napady agresji, ale to wszystko.
- Świetnie. Jak pani myśli, ile jeszcze pożyje?
- Jest bardzo stary, ale jego organizm funkcjonuje jak u przeciętnego siedemdziesięciolatka.
- Harry, czy naprawdę nie można w niego rąbnąć czymś silnym i po sprawie?
- Nie Ron! W żadnym wypadku! To mogło by być tragiczne w skutkach!
- Niech Ci będzie. Ale nigdy nie zrozumiem, dlaczego zamiast go przyskrzynić, wyczyściłeś jemu i tym glizdom pamięć i po co odstawiasz ten cyrk z domem starców.
- Nie chce mi się tego znowu tłumaczyć. Zrozum tylko, że tak jest bezpieczniej.



~*~*~*~

Jak już pisałam, proszę, nie traktujcie jej zupełnie poważnie. Następne będzie dramione XD

Lydia Land of Grafic